#BEGlx

Rodzice nie pozwalali mi robić wielu rzeczy, podawali wszystko w wątpliwość i powodowali, żebym się wstydził za byle co.
Teraz wstydzę się wszystkiego. Na siłę ciągnę się ku przeciętności, nie mam żadnych ambicji, satysfakcjonuje mnie byle co. Najbardziej wstydzę się samego siebie, wstydzę się swoich pasji, swoich marzeń, swoich poglądów, swoich planów. Jestem dorosłym człowiekiem, niedługo skończę studia, nie wiem co ze sobą robić. Studia oczywiście przeciętne, bo wstyd mi było opowiadać wszystkim, że idę na coś lepszego, a potem się nie dostać, więc nawet nie uczyłem się do matury, żeby zdać na cokolwiek wybitnego. Przeciętnie się ubieram, w kontaktach z ludźmi jestem przeciętny, nie narzucam się nikomu niczym, zawsze jestem pomocny, dobroduszny i szczery, czym odrażam ludzi, bo jestem ekstremalnym nudziarzem. Jestem wykorzystywany przez ludzi, poniżany i wyśmiewany, bo wstydzę się im cokolwiek odpowiedzieć albo postawić na swoim. Jestem mięciusieńki jak gąbka.

Jak marzę o tym, żeby gdzieś pojechać (choćby do Czech albo Niemiec na 3 dni, żeby coś fajnego zobaczyć), łapię się na tym, że to głupie, odczuwam poczucie winy i wyobrażam sobie, że nade mną stoi moja matka, która robi mi wyrzuty, że piniondze wydaję na głupstwa, że gdzie ja mógłbym gdziekolwiek pojechać, pewnie bym się zgubił albo by mnie zabili, przestań sobie wyobrażać, chyba upadłeś na głowę, siedź na dupie – i inne teksty, którymi karmiono mnie za dzieciaka do tego stopnia, że czasami boję się wyjść w domu. Matki oczywiście nie ma w pobliżu i nikt mi nie broni, ale muchomor jest trwale popsuty.

Nie wiem, czy kiedykolwiek osiągnę jakiś sukces zawodowy, prędzej stawiałbym na to, że przez 20 lat będę parzył komuś kawę i zaklejał koperty, bo nie będę miał odwagi powalczyć o lepsze zatrudnienie gdzie indziej albo o awans. Nie mam szans u żadnej kobiety, bo jestem totalnym zaprzeczeniem męskiego, spontanicznego, ambitnego i odważnego partnera, których mają dookoła siebie na pęczki. Nie mogę wygrywać we własnym zakresie, żyjąc dla siebie, bo przyjemność odbierają mi paranoje i kompleksy, które rozbijają w drobny mak każdą moją interakcję z ludźmi na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Czuję się jak aktor w chujowym filmie, jestem tak sztuczny, że ludzie czasami muszą myśleć, że jestem upośledzony.

Nie muszę chyba wspominać, że moje dotychczasowe życie przypominało oczekiwanie emeryta na zgon, herbatki, krzyżówki, bujane fotele. Prześlizgnąłem się przez tę słynną młodość i nie mam absolutnie żadnego kapitału, a najfajniejsze wspomnienia mam sprzed komputera.
Postac Odpowiedz

Moi gadali tak samo. Wieczne porównywanie do innych, "co ludzie pomyślą" i tak dalej. Było tak absurdalnie, że jak pojechałam na pierwszą wycieczkę z noclegiem, będąc w gimnazjum, to liczyłam ile razy koleżanka w pokoju obróci się na drugi bok przed zaśnięciem, żebym mogła zrobić to tyle samo razy - żeby sobie nic o mnie złego nie pomyślała!
Uratował mnie wyjazd do liceum i później na studia. W liceum jeszcze trwało to przeświadczenie "co inni pomyślą", ale gdzieś w międzyczasie przyszła reflekcja "a co mnie to obchodzi". Nie chciałam tak żyć, przejmując się opinią innych, obcych mi ludzi.
Nie mieszkałam z rodzicami, nie dzwoniłam, nikt mi nie przypominał co chwilę. Tak naprawdę zaczęłam utrzymywać regularny kontakt z rodzicami, dopiero jak zrobiłam porządek ze sobą.
Było trudno, ale jakoś się udało. Tobie Autorze też tego życzę.

Frog Odpowiedz

Znamy to, znamy.
Góry w zasięgu wzroku: - Nie, żadne narty ani wycieczki. Tu, bałwanka sobie ulep, w ogródku. -
Sąsiedzkie dzieci szaleją na rowerach: - Nie, bo się spocisz / wywrócisz / zabijesz. Siadaj, czytaj książkę. -
Klasa jedzie na wycieczkę: - Nie, nigdzie nie jedziesz. (Ale dlaczego?) BO NIE. -
I tak dalej.
Uratował mnie wyjazd na studia, 120 km od domu - udało mi się porobić trochę dziur w tym absurdalnym kloszu. Potem jakoś poszło, choć pierwszy prawdziwie szczery śmiech wydostał się z moich przyduszonych trzewi, czy raczej mózgu, dopiero przy zabawie z własnymi dziećmi - już po śmierci matki, kreatorki tego klosza / woliery / klatki.

Piszesz, że "przyjemność odbierają mi paranoje i kompleksy", co jest najlepszym sygnałem, że sam raczej sobie z tym nie poradzisz.
Tutaj z automatu wysyłamy takich ludzi na terapię ;) ale - już bez żartów - myślę, że faktycznie, jedynie spotkanie z sensownym terapeutą / mentorem / kimś, kto wie, jak Ci pomóc, mogłoby zmienić Twoje życie.
Ostatnio chętnie korzystam z rozległej wiedzy Jarosława Gibasa - może i Ty spróbujesz, na dobry początek?

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#97p17

Całe dzieciństwo byłam „tą brzydką”. Wychowałam się z babcią na wsi i tam środowisko nie było ani postępowe, ani miłe, bardziej prostolinijne. No to i nikt nie ukrywał, że wnuczka Krysi to brzydota. Sąsiadki wprost mówiły: „O Jezu, dziecko, ty to się musisz uczyć, bo chłopa nie znajdziesz”.

Po podstawówce zaczęłam szybko dojrzewać i tak w wieku 13 lat wyglądałam dużo ładniej. Biust urósł, biodra się zaokrągliły, wyglądałam na co najmniej 16 lat. Internet dopiero raczkował w kwestii makijażu, ale nauczyłam się stamtąd, jak się malować. Gdy jechałam 40 minut autobusem do najbliższego miasta do gimnazjum, malowałam się, często przebierałam w inne ciuchy. Poznałam tam koleżanki dużo bardziej wyzwolone ode mnie. Miałam pierwsze miłostki, schlebiało mi, jak chłopcy mnie kokietowali. Ale mi było mało. W wieku 14 lat chodziłam na imprezy „dla dorosłych” razem z nieco patologicznymi koleżankami. Babcia myślała, że się uczę z koleżankami, a ja odkrywałam świat alkoholu i facetów. Dziewictwo straciłam w kiblu na imprezie. Nie podobało mi się takie życie, chciałam miłości jak z bajki, żeby facet rzeczywiście się mną zainteresował. Ale nie potrafiłam przyciągnąć ich niczym innym jak ładna buzią i obietnicą numerku po imprezie. Wiele było takich incydentów, łatka została słusznie przyklejona i faceci traktowali mnie jak traktowali. Nie mam do nikogo pretensji, bo sama im na to pozwalałam. Tak bardzo potrzebowałam ich uznania, ganiania za mną, że czułam się w obowiązku dać im coś w zamian. 
Robiłam tak przez gimnazjum i całe liceum. Na końcu już miałam dosyć. Czułam się wypruta z emocji, ciało traktowałam jak nic nie znaczącą powłokę. Miałam za sobą nawet dwie próby samobójcze. Babcia nie chciała reagować, nie chciała widzieć, z ulgą wysłała mnie na studia. Tam odżyłam. Z dala od poprzedniego środowiska wychodziłam powoli ze swojego nałogu. W końcu trafiłam na faceta, który traktował mnie tak, jak należy. Zabierał na randki, chciał ze mną rozmawiać, a nie tylko obmacywać. Mówił komplementy o mojej inteligencji, a nie biuście. Nasz związek stał się bardzo poważny, a ja ciągle biję się z myślami, czy powiedzieć mu o mojej bujnej przeszłości. Zwłaszcza że skłamałam na samym początku, mówiąc mu, że miałam tylko jednego partnera. Wstyd mi za to co wyprawiałam i nie chcę do tego wracać, ale boję się, że prawda może kiedyś wypłynąć... A z drugiej strony nie chcę niszczyć tego, co mam.
Dragomir Odpowiedz

Pogadaj z nim o tym i powiedz mu, że nie chciałaś żeby Cię traktował przez pryzmat "przebiegu", mówiąc brzydko. Że źle Ci z kłamstwem, bo zależy Ci na nim i dlatego chcesz być fair. Jeśli i jemu na Tobie zależy, przetrawi to i zrozumie. Nie udawaj kogoś innego.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#Xu1of

Mam syna – dwadzieścia wiosen, fajny facet, wraz ze swoją siostrą szczęście mojego życia i jego spełnienie. Z dorosłą już (metrykalnie) dzieciarnią mamy układy bardziej przyjacielskie niż relacje ojciec – dzieci.

I dzisiaj Młody wyznał mi deko szokującą rzecz.
Ze swoją dziewczyną są od ładnych kilku lat. Miłość jak bambosz, fajna relacja, fajny związek. Ona gdzieś na weekendowe szkolenie wybyła, Młody pojechał swojej, jak twierdzi, przyszłej teściowej, pomóc w typowo męskich domowościach – ogród, tu przykręcić, tam odkręcić. „Teściowa”, by Młodego nie wypuszczać po całym dniu, zrobiła jakąś świetną kolację, winko, po winku mocniejsze napitki i w efekcie Młody obudził się obok „Mamusi” – zadowolonej, dopieszczonej i uśmiechniętej.

I cholera, po raz pierwszy w moim prawie pięćdziesięcioletnim żywocie zwiesiłem żuchwę tak, iż nie wiedziałem co Młodemu powiedzieć. Mózgownica mi się sfilcowała...
karlitoska Odpowiedz

Niby taki fajny z niego facet, ale jak ru**a swoją przyszłą ewentualną teściową, to już chyba jednak nie taki fajny.

Odpowiedzi (2)
Diddl Odpowiedz

To jest po prostu gwałt i twój powinien to zgłosić, choć wiem niestety, że byłoby ciężko, bo ,,mężczyzny nie da się zgwałcić". Nawet tu są komentarze obwiniające faceta, a jakby to teść upił synową i wykorzystał, to byłyby komentarze ,,Stary zboczeniec, oblech, wykastrować go" itp. Gwałt to gwałt, niezależnie od płci sprawcy i ofiary.

Odpowiedzi (8)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#D7IiS

Od dłuższego czasu staramy się z narzeczonym o dziecko. Ostatnio okłamałam współpracowników, że mam wizytę rodziny, aby bez zbędnych tłumaczeń wziąć urlop.

Tak naprawdę miałam dni płodne. Wzięłam urlop na robienie dziecka  :D
ooolllaaa8883 Odpowiedz

A po pracy nie ma czasu czy jak?

Odpowiedzi (1)
wolnyloginwolny Odpowiedz

Też wzięłam kiedyś taki urlop. Co prawda nie zamierzaliśmy płodzić potomka i wszystkiemu winna była pogoda bo 5 dni lało i wiało to co było robić w Zakopcu? Polecam wszystkim, jeden z najlepszych urlopów w życiu :)

Zobacz więcej komentarzy (6)

#mJ0Ni

Dużo widziałam tutaj wyznań o zbyt małej ilości miłości od rodziców. U mnie jej nie ma wcale. Byłam typową wpadką. Rodzice gdyby nie ja nigdy by ze sobą nie byli, zbyt duża różnica charakterów (widzę to po wiecznych kłótniach). Jak to w takich sytuacjach bywa, pieniędzy mi nigdy nie brakowało, ale gnębienia psychicznego również... Od dziecka miałam wpojone, że jestem zerem. Jestem brzydka, gruba, głupia, nic nie znaczę. Przez to nie potrafiłam się do nikogo zbliżyć, bo jak? Ja taka oferma z kimś takim świetnym? Kiedy ktoś chciał się do mnie przytulić, odskakiwałam jak poparzona, bo mnie nikt w domu nie przytulał. Kiedy podrosłam, stałam się tanią siłą roboczą, sprzątaczką, nianią (mam sporo młodszą od siebie siostrę). Oczywiście to wszystko to mój obowiązek, harowanie do późna, bo oni darmozjada w domu trzymać nie będą. Musiałam to łączyć z nauką po nocach, bo musiałam mieć idealne wyniki (świadectwo bez czerwonego paska nie wchodziło dla nich w grę). 
I tak próbowałam im dogodzić za wszelką cenę, żeby byli zadowoleni, dumni. Do czasu... Teraz mam, brzydko mówiąc, wyje*ane. Przestałam się starać. Oni w stosunku do mnie się nie zmienili, dalej według nich nic nie robię, tylko biorę pieniądze. Potrafią to mówić przy rodzinie, która doznaje szoku i nie wie jak na to zareagować. Chociaż próbowali, ale bezskutecznie. Dalej słyszę od ojca, że nikogo sobie nie znajdę, bo kto by mnie chciał... Tak naprawdę nie narzekam na brak facetów, którzy by się mną interesowali, jednak odtrącam każdego, bo nie potrafię okazywać uczuć. Nie chciałabym również mieć nigdy dzieci, bo boję się, że geny zrobią swoje i stworzę taki koszmar mojemu dziecku. Ale trzymajcie za mnie kciuki, bo zebrałam w sobie siłę i planuję uciec od tego bagna. Mam moje przyjaciółki, które mnie wspierają i są przy mnie w każdej chwili :)
Abigaila37 Odpowiedz

Wierzę, że uda ci się wydostać z tego "kochającego domu" i będziesz jeszcze szczęśliwa. Wszystkiego dobrego ❤️

didja Odpowiedz

Trzymamy kciuki, ale jak już ogarniesz mieszkanie i jakieś utrzymanie, to idź na terapię traumy, ale do kogoś, kto jest też psychotraumatologiem. Przepracowanie tego, co Ci zafundowali rodzice, nie tylko da Ci ulgę i zwiększy poczucie wartości, ale też nauczy, czym jest bezpieczny styl przywiązania, którego nie znasz - i pozwoli założyć związek i rodzinę, czyli da Ci rodzinę i dom, co jest Ci bardzo potrzebne.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (2)

#X5CYa

Cierpię na chorobę afektywną dwubiegunową. Kiedyś w fazie maniakalnej odeszłam od męża i oficjalnie związałam się z innym mężczyzną, w którym wydawało mi się, że jestem zakochana po uszy. Mimo to podczas tego związku miałam krótki, acz intensywny romans, a gościa od romansu zdradziłam trzy razy z trzema różnymi facetami, w tym jeden z nich był jego bliskim kolegą. To wszystko wydarzyło się wciągu trzech miesięcy. Potem przyszła depresja i trafiłam do szpitala psychiatrycznego, z którego po dość długim czasie odebrał mnie mąż. Wie tylko o tym „oficjalnym” kochanku, o pozostałych nikomu nie mówiłam. Wybaczył mi, bo wie, że to nie ja,
 tylko choroba. Ale chyba już nigdy nie będzie między nami tak jak wcześniej... 
ChAD to okropna choroba.
upadlygzyms Odpowiedz

Może bardzo głupio to zabrzmi ale skoro masz takiego męża, sugerowałbym abyś w fazie, hmm zdroworozsądkowej (?), podziękowała mu za jego zrozumienie.

imtoooldforthisshirt Odpowiedz

Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumialem, ale czy ta choroba przejmuje kontrole nad czlowiekiem na tyle, ze nie jest w stanie sie kontrolowac? Bo tak wynika z tresci wyznania. Jesli faktycznie tak jest, to dlaczego nie powiesz mezowi o wszystkich romansach?

Odpowiedzi (6)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#L69Qj

W życiu zawodowym przeżywałem rozczarowanie za rozczarowaniem, więc w końcu złożyłem kolejne wymówienie i założyłem własną działalność. Zapieprz był wprawdzie ten sam, ale za wyraźnie większe pieniądze. Wyrobiłem sobie z czasem rozpoznawalną markę i ilość zleceń rosła, a klienci przez propagandę szeptaną szukali raczej mnie niż ja ich. Usługi w bardzo specyficznej, małej niszy.
Zatrudniłem najpierw jednego pracownika, później drugiego i tak moja firma zaczęła się powolutku rozrastać. Ilość wykonanych zleceń przekładała się bezpośrednio na wysokość faktur, więc miałem dokładny wgląd, w jakim stopniu poszczególni pracownicy je wygenerowali. Płaca była z założenia minimalna + 30% jako podstawa + ok. 40% z tego, kto co wypracował powyżej tych kosztów. Nie zapomniałem, jak to jest być na etacie i chętnie dzieliłem się zyskami, zamiast kupić sobie duże auto.

Kilka lat szło to dobrze, covidowe zawirowania przeszły obok nas. Część pracowników w dużym stopniu pracowała zdalnie i wszyscy byli zadowoleni. W zeszłym roku nastąpiło załamanie w moim biznesowym światku. Ilość zleceń spadła o połowę i dość dochodowa firma zaczęła generować straty. Przedstawiłem zaistniałą sytuację na walnym zebraniu i zakomunikowałem o konieczności redukcji kosztów. W grę wchodziły zwolnienia lub likwidacja premii, w tym zmniejszenie dodatku podstawy. Wszystko wg zasady, że przebiedujmy wszyscy razem obecny kryzys, a odbijemy sobie, gdy nasza branża znowu ruszy.
Dowiedziałem się wtedy, że jestem kapitalistycznym krwiopijcą, prowadzę kołchoz, a ja osobiście jestem typowym januszem i jeszcze parę innych ciekawostek o sobie.

Pomyślałem o przeciekającym dachu w moim domu, na którego solidną naprawę nie miałem pieniędzy, więc łatałem go sam.
Pomyślałem o wydanych niedawno kilkudziesięciu tysiącach na nowe fotele, większe monitory i lepsze komputery aby się wszystkim wygodniej pracowało.
Pomyślałem o jeszcze kilku tego typu rzeczach i stwierdziłem na koniec, że mam to wszystko głęboko w miejscu, dokąd światło nie dociera.
Zwolniłem wszystkich i zamknąłem firmę. Efektem był szok i niedowierzanie oraz pytanie DLACZEGO?
Wyjaśniłem więc, że przekonali mnie, że postępuje źle i niemoralnie, że nawróciłem się niczym Szaweł i już nigdy więcej nie będę nikogo wykorzystywać.

Dłubię sobie teraz samodzielnie w sporadycznie przychodzących zleceniach. Mam wyraźnie więcej czasu wolnego i z zaskoczeniem stwierdziłem, że finansowo nie robi to większej różnicy. Obrót jest wielokrotnie mniejszy, ale koszta też, więc finalnie wychodzi porównywalny dochód.

Robiłem dużo, będąc pełnym wiary w ludzi i ich zdolność do myślenia. Teraz wiem już lepiej, jak jest.
NiezbytSprytny Odpowiedz

Trudno jest przeboleć coś takiego jak obniżka wynagrodzenia, ale nasze społeczeństwo chyba nauczyło nas tego, że nie trzeba planować swojego życia finansowego, z wykluczeniem jednego aspektu, ciągłego ścierania się o podwyżkę, albo zmiany pracy przy jej braku. Trudno byłoby się kłócić ze standardowymi argumentami, jakich zapewne by użyli, to jest koszty w górę, a wypłaty w dół, albo robimy tyle samo, a dostajemy mniej, czy inflacja 18% to i tyle samo podwyżek chcemy. Trochę mnie dziwi, że dochód określiłeś jako porównywalny, bo sugeruje to, że sam nie bardzo korzystałeś z wartości, które Twoi pracownicy wnosili, ale teraz to już i tak bez znaczenia, najwyraźniej tak jest Ci spokojniej i lepiej.

Odpowiedzi (1)
AvusAlgor Odpowiedz

Znam podobne. Pewien szewc z Nowego Tomyśla, niejaki postanowił wyemigrować do Anglii za chlebem. Założył własną działalność i dla odmiany zajął się tam stolarstwem. Ponieważ na tym fachu się nie znał, najął tedy do pracy rodaków przebywających tak jak on na emigracji zarobkowej. Wielkopolska gospodarność odziedziczona po dziadkach nie pozwalała mu szastać pieniędzmi toteż przyznać należy, że najemnicy u niego nie zarabiali wiele, ale z drugiej strony oddać mu trzeba, iż płacił regularnie i uczciwie, co do umówionego pensa. Pracownicy jednak nie byli zadowoleni i wciąż się burzyli na wyzysk i nierówne traktowanie, bowiem Anglicy zatrudnieni w swoich własnych firmach zarabiali więcej. Tak długo się skarżyli, aż byłego szewca ruszyło sumienie, odezwał się patriotyzm i postanowił z tym całym wyzyskiem rodaków skończyć. Zwolnił więc wszystkich swoich polskich pracowników, a na ich miejsce przyjął Litwinów, za takie same stawki. Przychodzili jeszcze potem do niego dawni pracownicy obiecując, że burzyć się nie będą i że właściwie to im się podobała ta praca w stolarstwie, a już być zatrudnionym w tym przedsiębiorstwie to szczyt marzeń i sama uciecha. Wszystko na nic, nasz zacny właściciel był nieprzejednany. Oznajmiał im każdorazowo, że dość ma wyrzutów sumienia za wyzysk rodaków i poprzysiągł sobie, że już nigdy żadnego nie zawiedzie, dlatego też o jakimkolwiek zatrudnieniu Polaka mowy być nie może.

Zobacz więcej komentarzy (2)

#Hk83P

Moi „rodzice” od zawsze przekładali alkohol nad rodzinę. W lodówce mogło być samo światło (o ile prąd był aktualnie zapłacony), byle na wódkę starczyło.

Dzień Dziecka – nawet nie liczyłam, że ktoś będzie o mnie pamiętał. Aż tu nagle mama mojego chłopaka przynosi nam kawę i ciasto – a do tego mega porcję lodów, kładzie na stole, ściska mnie i mówi, że to na Dzień Dziecka.

Chyba nie muszę pisać, że przez następne 10 minut uspokajał mnie chłopak, bo tak wzruszyła mnie ta sytuacja, że wyłam jak bóbr.
GraczLoLa Odpowiedz

Nigdy nie obchodziłem dnia dziecka... No, ale taki gest jest bardzo miły, a w zaistniałych warunkach rozumiem reakcję autorki. :-/

krolprzypalow Odpowiedz

Bardzo pozytywne wyznanie! A co do matki chłopaka: Polać jej!

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#BB0lS

Denerwuje mnie, kiedy ktoś nie przykłada uwagi do tego, co pisze. Nie jestem jakąś wielką ważniaczką i nie uważam też, żeby w codziennych sytuacjach czy wiadomościach pisać wyniośle i jakoś bardzo patrzeć na ortografię czy interpunkcję, ale kurde. Wchodzisz na OLX, chcesz się czegoś więcej dowiedzieć o jakimś przedmiocie, to wiele ludzi pisze jakiś miszmasz, że nie idzie nic z tego zrozumieć. Dosłownie jakby wrzucił przypadkowe słowa do miski i je wymieszał. Tak samo jest w komentarzach na Facebooku (zwłaszcza tam). Rozumiem, że nie każdy jest ekspertem od poprawnej polszczyzny, ale kiedy widzę niektóre posty czy komentarze, to zastanawiam się, jak można aż tak źle to napisać? Jeśli chcesz przekazać jakąś informację, to postaraj się chociaż trochę i napisz to tak, żeby inni mogli to zrozumieć.
SorryEverAfter Odpowiedz

No to na pewno nie do mnie uwaga. Co najwyżej mogę się dołączyć do apelu (choć ludzie nie lubią takich apelów).

Odpowiedzi (1)
Megg16 Odpowiedz

Ja się czasami zastanawiam jak autorzy takich bełkotów funkcjonują na co dzień. Czy wysławiają się równie fatalnie? Jak to wpływa na ich codziennie życie? Bo z mojej perspektywy, to jak ciężka niepełnosprawność! A jeśli na co dzień są w stanie się sensownie wypowiadać, to dlaczego nie przekłada się to na pisanie? Rozumiem literówki, jakieś tam błędy, sama nie jestem w tym perfekcyjna, ale no ludzie złoci... tak jak napisał autor. Czasem wypowiedzi w internecie to jak zlepek losowych słów, bez składu i ładu.

Zobacz więcej komentarzy (3)

#Gia6V

Jestem zamężna. Obecnie mamy dziecko. Trafił nam się wyjątkowo atencyjny mały człowiek, który obecnie ma kilka miesięcy. Od początku nie lubi wózka, fotelika, swojego łóżeczka, dlatego codzienna organizacja jest po prostu trudna. Jest to dziecko chciane, kochane. Problem pojawia się w podejściu do dziecka moim i męża. Dziecko ma mamozę, chce być cały czas ze mną albo chociaż mnie widzieć. Jest bardzo ruchliwe, przez co zrobienie czegoś przy nim graniczy z cudem. W momencie kiedy próbuję posprzątać lub ogarnąć coś do obiadu, wspina się wszędzie, wkłada ręce do kontaktu, wychodzi z fotelika etc., ale ma do tego prawo, ponieważ dopiero poznaje świat i mimo wytyczania mu granic jest na tyle małym dzieckiem, że jeszcze ich nie rozumie –  to niemowlę. Najczęściej gotuję, ogarniam coś z dzieckiem na ręku, mimo że mąż jest w domu. Nawet jeśli się nim zajmuje, to przez krótką chwilę, a dziecko i tak płacze do mnie. No i teraz się zaczyna... 
Notorycznie słyszę od męża, że tak sobie pozwoliłam, że jak dziecko mi płacze, to ja przychodzę i uspokajam (powinnam zostawić, a niech ryczy – tak robi mój mąż), że noszę na rękach itp., itd., ale jak mam tego nie robić, skoro dziecko jest na tyle małe, że tego potrzebuje? Często mówię mężowi, żeby zabrał dziecko na spacer – i okej, bez problemu je bierze, ale wraca po 30 minutach, bo dziecko w wózku płacze, a on nie będzie go przecież nosił, a jak się bawią, to dziecko ryczy, ale ono nie będzie ojcu dyktowało warunków. Jak mówię, że chciałabym coś zrobić dla siebie, to twierdzi, że jestem słabo zorganizowana i że to mój problem. Ale jak mam być zorganizowana, skoro nawet jak pójdzie z nim na spacer, to w 30 minut zdążę ledwo obiad ugotować. Po powrocie oczywiście dziecko ze mną się bawi, a mąż leży. Często jak proszę męża o pomoc, to mówi, że możemy przecież oddać dziecko do żłobka albo do jakiejś opiekunki, jak chcę trochę odpocząć, ale to nie tędy droga... Przecież dziecko ma oboje rodziców. Dodam, że mąż od porodu nie wstaje do dziecka w nocy, w weekend może spać, ile chce – jak dziecko się budzi, to ja idę z nim bawić, robię śniadanie, karmię, przewijam itp., bo uważam, że skoro mąż pracuje, to należy mu się odpoczynek w nocy w ciągu tygodnia oraz w weekend, bo też przecież jest zmęczony. Sprzątam, prasuję, przygotowuję niektóre rzeczy najczęściej w nocy, żeby jakoś to wszystko ogarnąć, ale jak ciągle słyszę, że jestem słabo zorganizowana, to się odechciewa. 
Tyle. Chciałam się po prostu wygadać.
Abigaila37 Odpowiedz

To jak mąż zostaje z dzieckiem albo indziej na spacer to też "ma sobie poradzić", a nie wracać po 30 minutach.
I w domu niech pomaga - gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, etc. Je posiłki, żyje w mieszkaniu? To niech się zajmuje tak samo. Co to, twój współlokator jest, czy mąż?
Ty musisz mieć też czas dla siebie w ciągu dnia! I nie, nie 5 minut, bo się zajedziesz.

Pogadaj z mężem i ustalcie coś konkretnego.

Odpowiedzi (2)
ravageuse Odpowiedz

Ciagle i znowu zdumiewa mnie, ze male dziecko jest w stanie kierowac doroslymi ludzmi.
Sila woli? Charyzma? Bo przeciez nie intelekt i zdolnosc planowania. O wiedzy ktora mozna nabyc z wielu zrodel juz nie wspomne.

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (11)
Dodaj anonimowe wyznanie